Χριστός Ανέστη!

Pełnią kolorów i zapachów rozgościła się na wyspie wiosna. Choć kiedy wróciłam na początku kwietnia to lało jak z cebra, wiało niemiłosiernie, sztormy, wilgoć, okropnie! Triduum jest Triduum i nie ma narzekania. Wszak po to właśnie wstałam od rodzinnego stołu wcześniej i wróciłam na wyspę, by zobaczyć i przeżyć Triduum Paschalne w Kościele prawosławnym.

Wielki Czwartek był bardzo, bardzo, ale to bardzo długi. Składał się głównie w czytań przeplatanych hymnami odśpiewanymi przez psalmistę (w tradycji Kościoła prawosławnego nie zezwala się na wprowadzanie instrumentów muzycznych, może i dzięki temu właśnie jest w tym śpiewie coś niesamowicie urokliwego, melodie pochodzące z odległego w czasie, choć niekoniecznie przestrzeni, Bizancjum, lekko nużące, jak mantra, powtarzane wielokrotnie wersy, modlitewnemu skupieniu pomagają, lub też denerwują ucho jak, wybaczcie określenie, brzęcząca mucha, ja jestem w tym śpiewie zasłuchana, może właśnie dlatego chciałam tu być w tych szczególnych dniach, któż to wie), kościoły raczej pustawe, dużo starszych (ale tylko ciałem) Greczynek i Greków, spojrzenia utkwione w przedstawienia Chrystusa na ikonostasie, jakieś szepty w ostatnich rzędach siedzeń. Wielki Czwartek to raczej moment ciszy, zatrzymania się, wejścia w Tajemnicę, która ma wydarzyć się na ich oczach w najbliższych dniach.

Przy Wielkim Piątku Wielki Czwartek to zaledwie kwadrans. Tym razem kościół pękał w szwach, ludzie kłębili się na zewnątrz, choć wicher i nieco chłodno. Wnętrze wypełnia intensywna woń kadzidła, lekko przygaszone światła. Język liturgii Kościoła prawosławnego jest nieco bardziej skomplikowany, niż znany mi mniej lub bardziej grecki „dnia codziennego”, więc nie zawsze nadążałam za przebiegiem Liturgii. Po jej zakończeniu uliczkami miasta rozeszły się procesje z ustrojonymi kwiatami ołtarzami/grobami (coś na kształt trumny otoczonej baldachimem z kwiatów, ale to tylko luźne skojarzenie). Trochę jak nasze Boże Ciało, tylko bardzo późno, już prawie w zupełnych ciemnościach, ulicami miasta, po których roznosił się zapach kadzideł zapalanych w mijanych przez nas domach. I jakoś tak cicho…

Wielka Sobota była już bardziej słoneczna, więc i kościoły pełniejsze. Wszyscy wstępowali do środka na chwilę adoracji, by zapalić świeczkę, by w przerwie między jednymi zakupami, a drugimi (niektórzy wchodzili do kościoła w torbami pełnymi świątecznych zakupów) by na chwilę zatrzymać się w szalonym pędzie przygotowań. W każdym sklepie/piekarni/restauracji/gdzie bądź wszyscy życzą sobie Καλό Πάσχα (Dobrej Paschy) i Καλή Ανάσταση (Dobrego Zmartwychwstania). Rano poszłam na spacer po mieście, by przyjrzeć się bliżej, jak Wielka Sobota wygląda też „poza kościołem”. Kupiłam tradycyjną świeczkę, by przyjść z nią na wieczorną Liturgię i światłem powitać Chrystusa Zmartwychwstałego. Świeczki miały milion kolorów i wzorów (i milion różnych cen też miały), od prostych kolorów aż do figurek Małego Księcia przymocowanych do tychże. Dzieciom świeczkę kupują rodzice chrzestni, ale choć z małą świeczką stara się przyjść każdy, by Radosna Światłość zajaśniała jak najmocniej w tak niezwykłą noc. Liturgia Wigilii Paschalnej rozpoczęła się o 23 (Cud! Prawdziwy cud! Doskonała pora, mam nadzieję, że dożyję dnia, by i u nas świętowano w ten sposób. Mali i duzi, wszyscy skupieni, choć byli i ziewający. Ale nikomu przez myśl nie przychodzi, by Wigilię rozpocząć o 18/19 i z radosnymi okrzykami czekać do rana). Od 23 kościół zaczyna zapełniać się ludźmi, tuż przed 24 trudno wcisnąć choćby szpilkę. Na krótko przed północą gasną w kościele wszystkie światła i rozlega się bicie dzwonów. Kapłan otwiera carskie wrota ikonostasu i z okrzykiem „Chrystus Zmartwychwstał” przekazuje wiernym światło. Wszyscy wychodzimy przed kościół i kapłan radosnym okrzykiem ogłasza światu, że oto Chrystus Zmartwychwstał i śmierć pokonana! Rozlegają się wystrzały z broni palnej, na niebie fajerwerki, składanie życzeń przy przekazywaniu światła świec. Radość Zmartwychwstania! Potem Liturgia tak długa, że ledwo udało mi się dotrwać do końca. Dużo uroczystego śpiewu, mocna woń kadzidła (kapłan niemalże w biegu okadza wnętrze świątyni wraz z jej wiernymi, jakby spieszył się, by światu ogłosić Zmartwychwstanie, by wszyscy zdążyli usłyszeć, że ten radosny dzień już nastał, a ludzi już nieco mniej). Liturgia kończy się późno, ale gdy później idę ze światłem świecy przez ciemne miasto, a ono gaśnie dopiero w połowie drogi to mam poczucie, że prawdziwie niosę radość zmartwychwstania, albo niczym Maria Magdalena zmierzam do grobu Nauczyciela.

983719_788962301190159_5377544310017385369_n

11102692_788962494523473_2191707390789703591_n

11133812_788962674523455_1012072732771642280_n

11141155_788962244523498_6256588372195547700_n

11150615_788962621190127_832227928335231419_n

11150871_788962201190169_1878707899280278626_n

Przez cały kolejny tydzień wszyscy pozdrawiają się serdecznymi życzeniami i często powtarzają „Chrystus Zmartwychwstał” (witający się dwaj kumple ze szkoły też tak mówią, wyobrażacie sobie?). Radość trwa wciąż!

Poświąteczny tydzień to jeszcze tydzień wolny od zajęć (ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy i jutro znów wracam na uczelnię) i czas na podróże bliskie i dalekie. Więc znów wprawa na Spinalognę z jej wenecką twierdzą i długie spacery po Rethymno, krętych uliczkach, weneckiej fortecy, plaży.

 Otwarte już niemal wszystkie tawerny i sklepy turystyczne, turystów już całe gromady, tłoczno, głośno, ciepło.

DSC_0011

DSC_0023

DSC_0029

DSC_0048

DSC_0053

DSC_0058

DSC_0060

DSC_0061

DSC_0064

DSC_0068

DSC_0069

DSC_0070

DSC_0073

DSC_0091

DSC_0094

DSC_0096

DSC_0105

DSC_0107

DSC_0114

DSC_0119

DSC_0125

DSC_0128

DSC_0168

DSC_0170

DSC_0195

DSC_0246

DSC_0258

DSC_0262

DSC_0267

DSC_0272

DSC_0292

DSC_0299

DSC_0310

DSC_0324

DSC_0330

„Mamo, uspokoiłem się. Już dłużej nie cierpię.”

ImageHandler

Nie ma co się oszukiwać. Zaskoczył mnie koniec marca, przyszedł nagle i niespodziewanie. Tuż po Karnawale okazało
się, że muszę zacząć pakować walizy i zabierać się za mniej przyjemne elementy studenckiego życia  – czas skończyć studia i w tymże radosnym celu przy stole zasiąść, obstawić się książkami i herbatą (duuużą ilością herbaty) i licencjat nieszczęsny napisać.

Dzień kończy się zanim zdążę przyzwyczaić się, że nastał poranek. I oczywiście nie ma w tym (na szczęście!) niczego
z dobrze znanego mi warszawskiego pędu i gonitwy za autobusem, czy też usilnego wyrzucania ze świadomości zwrotu „życie towarzyskie” na rzecz długich weekendów w bibliotekach i jeszcze dłuższych nocy przy biurku. Chyba stało się to,
co od samego początku napawało mnie lekkim przerażeniem – no nie da się ukryć, ja po prostu przyzwyczaiłam się
do tego, że mieszkam na Krecie. Jak się już człowiek nieco oswoi z cudownymi widokami, znajomych już ma nawet sporo, „swoje” miejsca i ulubione knajpki, czy też miłe panie pracujące z uniwersyteckich kawiarniach, które nawet nie pytają mnie, co chcę, po prostu z automatu podają mi ulubioną kawę i bułę. No uwierzyć nie zdołam w to nigdy (pewnie dopiero wtedy, kiedy będę musiała podpisać papiery wyjazdowe i będę ostatni raz walczyła z zapakowaniem walizy).

Dobrze jest poznać też tę mniej turystyczną Grecję. Zamknięte tawerny w okolicach portu to oczywiście nie jest najprzyjemniejszy widok na świecie, ale zimą Grecja nabiera jakby większej odwagi, żeby zdjąć choć na chwilę maskę wiecznie uśmiechniętego, beztroskiego i rozleniwionego kraju. Momentami robi się nawet niebezpiecznie. Posłuchajcie…

Od dwóch tygodni cały uniwersytet aż huczy od historii, której tragiczny finał miał miejsce w ubiegły poniedziałek. Mniej więcej od końca lutego cała Grecja poszukiwała młodego studenta, Kreteńczyka studiującego na uczelni w Epirze (Karolino, pozdrawiam Cię serdecznie!), który wyszedł z domu i nie wrócił (sytuacja o kroju tak zwanym „klasycznym”: nie wziął telefonu, klucze zostały w domu, ktoś widział go w jakimś sklepie spożywczym, kiedyś tam, ktoś tam, coś tam i nikt już potem nie był pewny, czy to on, czy jednak nie). Przez greckie media (tradycyjne i te tak zwane „społecznościowe”) przelewały się fale zgłoszeń, ogłoszeń i zapewnień o pomocy. W nocy z 15 na 16 marca znaleziono jego zwłoki w jeziorze, nie tak daleko od miejsca, w którym był widziany po raz ostatni. Samobójstwo…

No ale dlaczego? Jak okazało się Wangelis (Βαγγέλης) nie ukrywał swojej odmiennej orientacji seksualnej i  konsekwencje takiego postępowania były makabryczne. Stał się ofiarą okrutnego billyingu  ze strony swoich rówieśników, a pewnie i nie tylko rówieśników. Zamarliśmy na moment…

Znaczna liczba studentów kreteńskich uczelni przez tydzień chodziła ubrana na czarno, pod urzędem miasta odbywały
się demonstracje domagające się pociągnięcia do odpowiedzialności tych, którzy umyślnie (lub też raczej – bezmyślnie) doprowadzili do samobójczej śmierci  Wangelisa, media dalej huczą. Po radosnej paradzie 25 marca (grecki Dzień Niepodległości) ulicami miasta przeszedł „cichy marsz”.

 DSC_0754

 DSC_0757

DSC_0759

DSC_0756

 DSC_0762

11079701_1620387084849150_1559283825_n

I wyobraźcie sobie, cała „młoda” Kreta przemaszerowała przez miasto, bo życie odebrał sobie jeden „z nich”, mnie to bardzo poruszyło. Kilka dni po ogłoszeniu informacji o jego śmierci pod urzędem pojawił się duży transparent z napisem „Mamo, uspokoiłem się, już dłużej nie cierpię.”

Pozdrawiam z Aten! Czas na kilka chwil wrócić do domu i żeby nie było tylko w nostalgicznej, ale też i poruszającej „nucie” to ślę trochę zdjęć z pierwszych dni wiosny.

DSC_0811

DSC_0815

DSC_0817

DSC_0819

DSC_0823

DSC_0849

DSC_0857

DSC_0861

DSC_0864

DSC_0874

DSC_0875

DSC_0877

W morzu kolorów.

Być nie może! W głowie się wręcz nie mieści! I jak tu sobie z tym poradzić?! Wiadoma sprawa, że narzekać mogę teraz tylko na to, że nagle uciekły mi w dziwnych okolicznościach przyrody dwa tygodnie. Dwa tygodnie temu był Karnawał?! I po dwóch tygodniach od Karnawału przyszła wiosna? No nie dzieje się, nie dzieje. Jak już wreszcie uporałam się z wszelaką możliwą uczelnianą pańszczyzną mogę zasiąść do tak zwanego Worda i opowiedzieć Wam, dlaczego ciężką pracę do krwi i łez koronuje się tańcem przez pół miasta w stroju Małego Księcia. Posłuchajcie…

Miasto stroiło się w piękne girlandy, wielkie, kolorowe rzeźby na długo przed wieńczącą wszystko paradą. Podróż autobusem na uczelnię okazała się być nagle niezwykłym przeżyciem, gdy zza rogu ulicy wyłaniał się coraz to dziwniejszy stwór z uśmiechem niemalże niemieszczącym się na twarzy. Już wtedy myślałam, „O! Będzie się działo!”. Wszyscy zacięcie dyskutowali nad strojami, które przywdzieją na tę jakże radosną okoliczność, w jakiej grupie będą iść w paradzie i gdzie spędzą szalone karnawałowe noce. Emocjom nie było końca, nie dało się spokojnie usiedzieć na niekończących się wykładach, seminariach, i czym tam jeszcze innym, co przybija człeka do nieco trzeszczącego uniwersyteckiego krzesełka.

Kreteński Karnawał trwał tydzień. Ba! Nawet lekko ponad tydzień! Zaczęło się oczywiście Tłustym Czwartkiem, choć kreteńska jego forma różni się od dobrze nam znanej. I to BARDZO. W grecki Tłusty Czwartek stoły uginają się od… potraw mięsnych. Oczywiście nikt tutaj nie uważa kurczaka za mięso, więc doskonale przyprawione wariacje na temat wołowiny i wieprzowiny sprawiały, że mało brakowało, a udławiłby się człek, biedaczyna, własną śliną. Oczywiście ważniejsze od samego posiłku jest towarzystwo, w jakim ten posiłek spożywamy, więc choć stoły zapełnione talerzami, to wszystko jest tak, aby „skubnąć” nieco mięsnego dobrodziejstwa. Odważniejsi i ci o nerwach ze stali postanawiają nie jeść mięsa przez cały Wielki Post, jest to więc dla nich ostatnia okazja, żeby najeść się do syta/na zapas/jak kto lubi/wszystkiego po troszeczkę, żeby pamiętać, z czego się zrezygnowało. Po mięsnym Tłustym Czwartku cały tydzień wypełniały gry miejskie, wyścigi, zabawy, poszukiwania skarbów i różne atrakcje, w których liczył się tak samo sprawny umysł, jak i szybkie nogi (o, Achillesie, już wiadomo, czemuś Grekiem!). I już tydzień po mięsnych ucztach zaczynały przyjeżdżać do miasta grupy turystów, entuzjastów, miłośników dobrej zabawy. Zapełniały się opustoszałe przez długie miesiące hotele, apartamenty, pokoje i wiele innych miejsc, w których można na chwilę złożyć głowę w czasie wielkiej zabawy, a jeśli niekoniecznie złożyć głowę, to przynajmniej na trzy dni zostawić, we względnie spokojnym miejscu, swój dobytek.

Zaczęło się w piątek! Wyruszyli ze swych domów wojownicy Ninja, czarownice, pluszowe biedronki, księżniczki, kowboje i przedziwne stworzenia, jakich zapewne jeszcze Terry Pratchett nie wymyślił. Zabawa oczywiście skończyła się bladym świtem, wypełnione po brzegi kluby nocne huczały od greckich pieśni popularnych. Najbardziej urzekło mnie to, że przebrani byli WSZYSCY (nawet, jeśli przebraniem miał być jedynie zabawny kapelusz, ogromne i kolorowe okulary, albo maska z gatunku „teatralne”, zasłaniające oczy). Dawno nie widziałam tylu uśmiechniętych ludzi w jednym miejscu (i tak wielkich tłumów w jednym miejscu też dawno nie wiedziałam)!!!

Piątek i sobota pod znakiem głośnej muzyki grającej na ulicach, roześmianych ludzi, fruwające konfetti i kolorowych serpentyn coraz bardziej przybliżał nas do tego wspaniałego wydarzenia, jakim jest parada. Rethymno nie jest dużym miasteczkiem, mogłabym powiedzieć, że właściwie składa się z dwóch ulic (tej przy plaży i tej przez całe miasto, która ciągnie się i ciągnie i ciągnie…). W niedzielę jedna z nich, ta nieco szersza, była dosłownie zapchana pluszem, tańcem, kolorem, lambadą i śmiechem. Przebrani duzi i mali. A jak duzi nie mogli się przebrać, bo byli już za duzi na takie wariacje, to nie zapominali o zrobieniu odpowiedniego hałasu garnkami, kołatkami i wszystkim, co znalazło się w kuchni i generowało dużą dawkę decybeli. Doskonale, no po prostu doskonale! Parada ruszyła około 13 i przemierzała miasto dobre 3 godziny. Trochę słońca, trochę deszczu. Któż by jednak zwracał na to uwagę, skoro atmosfera tak gorąca, wszyscy roztańczeni.

A po Karnawale, w Czysty Poniedziałek, gdy zostaje nam już tylko tęsknie spoglądać w kierunku Wielkiej Nocy, na niebie latawce. Pogoda nie dopisała, ale dopisali entuzjaści latawców, którzy mimo wszystko postanowili z wietrznego dnia uczynić swojego sprzymierzeńca.

Warto było przez rok siedzieć przykutą do biurka na warszawskich Bielanach, żeby móc tańczyć na kreteńskich ulicach lambadę w towarzystwie księżniczek, pawi, Power Rengersów, krokodyli i winogron. Więc jeśli komukolwiek wydaje się, że wielkie zwycięstwo za ciężką pracę to tylko na ekranie kin się zdarza, to niech spojrzy…

DSC_0750

DSC_0754

DSC_0758

DSC_0762

DSC_0765

DSC_0770

DSC_0772

DSC_0775

DSC_0789

DSC_0797

DSC_0804

DSC_0809

DSC_0814

DSC_0818

DSC_0821

DSC_0824

DSC_0847

DSC_0854

DSC_0858

DSC_0861

DSC_0864

DSC_0867

DSC_0870

DSC_0874

DSC_0875

DSC_0881

DSC_0882

DSC_0885

DSC_0886

DSC_0906

DSC_0935

DSC_0956

DSC_0962

DSC_0965

Ja wygrałam!

DSC_0969

Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły!

DSC_0838

Przecież dopiero skończyły się Święta, a nagle obudziłam się, nie musiałam nigdzie pędzić na złamanie karku i okazało się, że jest 7 lutego. Kreta Kretą, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu i niedowierzaniu do drzwi zapukała sesja i trzeba było
na kilka długich i słonecznych tygodni zasiąść w czeluściach bibliotecznych. A że atmosfera panuje tam raczej luźna i nikt jakby specjalnie się do tej nauki nie przykładał, to nie było aż tak uciążliwie i przerażająco. Sesja zdana! Ufff, nie obyło się bez stresów i ciągłego „A niech to, i jak ja mam to powiedzieć po grecku”, ale jakoś poszło.

Niech no ja przypomnę sobie, jak to było w styczniu. A! Już pamiętam! Na lotnisku przywitała mnie ściana wody (ale
za to życzliwość kierowców i pracowników greckich kawiarni z okazji mojej udręczonej miny i wielkich waliz jest godna odnotowania). Dość wietrznie, choć zdarzały się też dni z zawrotną temperaturą 20 stopni, a ja niestety nawet wtedy siedziałam zakleszczona w bibliotece razem z dziesiątkami greckich studentów, którzy lwią części czasu przeznaczonego na naukę trwonili na spożycie napojów kawowych i raczenie się wyrobami tytoniowymi w ilościach nieprzeliczalnych
w bibliotecznej kawiarni (mają tak doskonałe paluchy z serem! Mogłabym jeździć do biblioteki codziennie tylko po to, żeby
je zjeść. Choć właściwie, co tu dużo gadać, ostatnie trzy tygodnie głównie mieszkałam w bibliotece, więc pożarłam wszystkie ich zapasy i rano nawet nie musiałam mówić, co chcę kupić ;)). Brzydka pogoda tutaj po prostu „bywa”, zdarza się nagle, z dnia na dzień, przychodzi niezapowiedziana, ale na szczęście szybko idzie dalej. Więc mając w perspektywie kolejne 5 miesięcy w tej jakże urokliwej aurze, nie szkoda było nieco czasu zmarnotrawić na poszerzanie umysłowych horyzontów. I tak oto nie udało się uciec w wir podróżowania, ciągle tylko te same domy, te same ulice, te same sklepy
(Aj nie, wcale nie, bo wszak styczniowe wyprzedaże! I to takie, że nieraz oczy wychodziły mi z orbit, a szafę zapełniłam letnimi sukienkami i wszystkim, co miałoby na sobie choć kawałeczek kwiatka. Nie żebym miała przy tym jakiekolwiek wyrzuty sumienia, bo skoro Unia jest taka szczodra we wspieraniu rozwoju naukowego studentów, to niby dlaczego nie miałaby być także przyczyną dostarczania sobie wsparcia o naturze estetycznej? Czy aby nie tłumaczę się teraz z bycia zakupoholikiem? Żadną miarą!).

Pewnego pięknie słonecznego ranka postanowiłam umilić sobie drogę na uczelnię spacerem przez miasto, żeby posnuć się chwilę nad morzem i żeby kupić w ulubionej piekarni kawę i dobre, greckie śniadanie. Co ukazało się moim oczom,
gdy tylko skręciłam z okolic mojego domu nad morze? Wielkie, gigantyczne!, kolorowe i przeurocze rzeźby! No tak! Zupełnie o tym zapomniałam, że miasto zaczyna stroić się na karnawał! Że już za chwil kilka (bo 22 lutego) przez miasto przejdą tysiące pięknie przebranych ludzi, by przed Czystym Poniedziałkiem (zaczyna się Wielki Post, oczyszczamy się wtedy w grzechów i przygotowujemy do Wielkiej Nocy, jak wieść niesie dzień wolny od pracy, wszyscy bawią się na ulicach, a niebo usiane jest latawcami, odliczam sekundy!) wyszaleć się ostatni raz!!! A rzeźb kilka takich oto:

DCS_0777

DSC_0732

DSC_0750

DSC_0745

DSC_0737

DSC_0765

I obok rzeźb nasze luźne interpretacje greckiej sztuki 🙂 oraz wędrówki po weneckiej fortezzy, jak pogoda dopisuje, to nawet snucie się po niepozornie wyglądających murach jest niezwykle przyjemnie.

DSC_0926

DSC_0779

DSC_0978

DSC_0943

DSC_0666

Prawie jak wiosna, choć przecież styczeń. Czuję, jakby tu ciągle był kwiecień. Kto by przypuszczał. Takie mnie szczęście spotkało, powiedzieć: Mieszkałam rok na Krecie! Ach!

DSC_0752

DSC_0773

DSC_0789

DSC_0783

DSC_0754

A dziś? A dziś dzień bez budzika, czyli dzień doskonały. Któż by się tam zastanawiał, co z takim dniem począć,
gdy za oknem szaleje 20 stopni. Aparat w dłoń, w drugą dłoń świeżo wyciśnięty sok z greckich pomarańczy
(Czy opowiadałam Wam już o cotygodniowym, czwartkowych targu, na którym stragany uginają się od czerwonych, prawdziwie czerwonych pomidorów, ogórków, bakłażanów, cukinii, oliwek, dyni, zieleniny, kalafiorów i brokułów, jabłek, cytryn i winogron, pomarańczy w takich kolorach, jakie można zobaczyć już pewnie tylko… no, tutaj?! Jestem pewna,
że opowiadałam). Na chodnikach, deptakach, w kawiarenkach tłumy, nieprzebrane, gromadki dzieci i spacery, spacery, spacery…

 DSC_0740 (2)

DSC_0736

    DSC_0745 (2)

   DSC_0753

 DSC_0755

DSC_0767

  DSC_0759

DSC_0769

 DSC_0776

DSC_0778

 DSC_0780

DSC_0785 (2)

 DSC_0796 (2)

DSC_0793

 DSC_0798

  DSC_0804

 DSC_0803 (2)

DSC_0813

 DSC_0825

DSC_0835

DSC_0837

DSC_0844

DSC_0842

DSC_0840

DSC_0839

 DSC_0855

DSC_0857

DSC_0809

I nawet jeśli czasem wydaje mi się, że znalezienie tutaj (na wyspie) pracy graniczy z cudem, że tu taka bieda i bezrobocie, że tak ludziom ciężko, to egzystencja oparta na pomidorach, pomarańczach, greckiej frappe i oprowadzaniu wielojęzycznych wycieczek turystów spragnionych uszczknięcia choć odrobiny tego raju wydaje mi się być doskonałym planem na następne, a bo ja wiem, 40 lat.

Komuniści, anarchiści i skrajna prawica.

I cóż to się porobiło w tej mojej Grecji. Przez trzy tygodnie na uczelni trwał strajk, kampus zamknięty na głucho, biblioteka wyludniona, nocami miasto huczało od studenckich imprez. Bunt przeciwko systemowi, rządowi, bunt dla buntu. Żądania te same, co ostatnio, tylko krzyk głośniejszy. Właściwie wszystko zaczęło się od tego: http://grecjawogniu.info/?p=23455.

W środę odbyło się kolejne głosowanie, los Erasmusa (i studiowania właściwie też) zawisnął na włosku, jeśli studenci przedłużą strajk, to uczelnia zostanie zamknięta do końca semestru i trzeba będzie robić wszystko „od początku”. No nie!, pomyślałam, i pojechałam na głosowanie. Cóż się tam wyrabiało!!! Sodoma i Gomora to przy tym spacer po parku. Kłócili się anarchiści z nową demokracją, wyzywali się od najgorszych, zarzucali sobie wszystko, co najgorsze. I tak przez pięć godzin, w wielkiej, zadymionej sali, nad kubkami z grecką kawą. Na szczęście wygraliśmy! Wciąż trudno uwierzyć mi, że studenci greccy są tak mocno zaangażowani politycznie i od programu swojej partii uzależniają sposób, w jaki mogą/będą/chcą studiować. Zdaje mi się, że tego innego oblicza Grecji, która „walczy z kryzysem”(?), nie opisują w przewodnikach. I chyba lepiej…

Ale żeby nie było tak dramatycznie i smutno, to trochę zdjęć z jeszcze listopadowej wyspy. Większość podróży zaprowadziła nas na południe, już wyludnione, ciche, górzyste. Więc plaża pełna palm (niemalże Hawaje!), monaster Preveli, który przetrwał i ataki Osmanów, i ataki Niemieckie. I wenecka twierdza, choć zamknięta na głucho, to jednak z dziurą pod boczną bramą, pod którą dało się przeczołgać, ahoj, przygodo! Grudzień rusza pełną parą, wszędzie wielkie choinki (tuż obok palm), w sklepach kolorowe ozdoby i ozdóbki, choć trudno poczuć klimat Świąt, kiedy wciąż chodzi się w sandałach.

DSC_0015

DSC_0018

DSC_0037

DSC_0043

DSC_0133 (2)

DSC_0182

DSC_0203

DSC_0208

 DSC_0382

DSC_0406

DSC_0441

DSC_0444

DSC_0447

DSC_0454 (2)

DSC_0460

DSC_0473

DSC_0474

DSC_0479

DSC_0494

DSC_0517

DSC_0576

DSC_0593

DSC_0596

DSC_0610

DSC_0617

DSC_0628

DSC_0641

DSC_0654

DSC_0749

DSC_0753

DSC_0764

I niebawem czas zbierać się do Polski. Ale bez obaw, dziś podpisałam papiery, które zatrzymają mnie tu aż do czerwca!

Palcem po mapie!

Co za dziwy w greckim świecie. Od dwóch tygodni greccy studenci strajkują, ani myślą uczyć się, wszystkiego chcą za darmo (jedzenia na uczelni, darmowych akademików, darmowego transportu na uczelnię), domagają się zniesienia przepisu o skreślaniu z listy studentów, nawet jeśli jestem „wiecznym studentem” (czyli mam 28 lat i wciąż jestem na 2. roku, takie to w Grecji obyczaje), specjalnych dopłat dla pracujących studentów, uwolnienia więźniów politycznych, zatrzymania finansowania wojen itp itd. Aż trudno w to uwierzyć, ale jednak. Uczelnia obwieszona transparentami, studenci okupują budkę uczelnianego dozorcy. Po kampusie biegają zdziwione takim obrotem spraw bezpańskie psy, w bibliotece siedzą Erasmusy. Zajęcia mamy niemalże jak za czasów komuny, poupychani w dziwnych miejscach w centrum miasta, w małych, ciasnych salach, próbujemy nauczyć się greckiego języka, greckich obyczajów. Ma to też swój urok, jak dla mnie znacznie większy, niż spędzanie całego dnia na kampusie. Zajęcia w zakątkach weneckiego starego miasta, więc właściwie może ten strajk potrwać jeszcze dwa tygodnie…

A skoro strajk, to jest okazja, żeby podróżować. To podróżujemy! Pogoda wciąż dopisuje (choć dziś jest tylko 15 stopni, wieje niemożliwie, a nawet pada, ale od piątku wraca do nas słońce i 20 stopni). Ubiegły weekend upłynął pod znakiem plaż i zapierających dech w piersiach zachodów słońca.

Więc znów Balos na dalekim zachodzie, żadnych turystów, żadnych krzyczących dzieci, tylko kozy, wiatr i różowy piasek. Plaża Greka Zorby oczywiście też, żywego ducha, knajpy zabite dechami, nawet plakat informujący niedoinformowanych, że oto wygrzewają się na plaży gdzie nakręcili TĘ scenę z Greka Zorby został zwinięty, ale tamtejszy zachód słońca nie daje się opisać żadną poezją. Nie mogło też zabraknąć wiecznie żywego miasteczka hipisów – Matali (nawet w listopadzie pełnego hipisów), plaża pusta, 20 stopni, chłodne morze. Turyści wyjechali, to i zwiedzanie wyspy od razu lepsze. Nie trzeba przepychać się, szukać miejsca na rozłożenie ręcznika. Wprost idealnie.

DSC_0002

DSC_0006

DSC_0032

DSC_0034

DSC_0064

DSC_0067

DSC_0104

DSC_0122

DSC_0180

DSC_0217

DSC_0522

DSC_0585

DSC_0590

DSC_0598 (2)

DSC_0622

DSC_0684

DSC_0739

DSC_0882

DSC_0923

DSC_0967

IMG_20141116_170936

A następny razem o następnej podróży, bo przecież nie mają one na Krecie końca…

Ελευθερία ή θάνατος! (Wolność lub śmierć!)

Kartka z kalendarza greckiej historii:

8 listopada 1866 roku Turcy Ottomańscy zaatakowali monaster Arkadi (byliśmy tam we wrześniu). W jego wnętrzu schroniło się ponad 600 Greków (głównie kobiety i dzieci). Turcy „uprzejmie zaproponowali”, że jeśli Grecy natychmiast przejdą na islam, to nikomu nic się nie stanie i obejdzie się bez rozlewu krwi. Grecy, oczywiście!, nie zgodzili się i Turcy rozpoczęli bombardowanie klasztoru. Gdy przedarli się przez główną bramę, Grecy ukryli się w najdalszym budynku znajdującym się na terenie klasztoru (dziś nazywany jest „prochownią”, nie jest nam trudno zgadnąć, co zapobiegliwi mnisi tam przechowywali) i w momencie, gdy zostali otoczeni przez Turków, Konstantios Giampoudakis wysadził w powietrze „grecką kryjówkę”, uśmiercając tym samym wielu Turków.

Ulicami miasta przeszła parada. Przejęte dzieci, dumnie maszerujący dorośli, piękne stroje, poważne miny, grecka duma.
Ελευθερία ή θάνατος!

DSC_0017
DSC_0031
DSC_0039
DSC_0042
DSC_0054
DSC_0059
DSC_0068
DSC_0090
DSC_0099
DSC_0105
DSC_0111
DSC_0117
DSC_0130
DSC_0135
DSC_0136
DSC_0145
DSC_0153
DSC_0311
DSC_0326
DSC_0357
DSC_0365
DSC_0371